0.6 C
Warszawa
niedziela, 4 grudnia, 2022

Tajemnice dawnych listów

Autor: Robert Marcinkowski

Nie od dziś wiadomo, że najlepsze do poznawania dawnych realiów są dokumenty źródłowe z czasów minionych, z tzw. epoki, czyli interesującego nas okresu.

Poznawać historię Warszawy można, i zazwyczaj tak się robi, poprzez lekturę mniej lub bardziej przekrojowych publikacji dotyczących konkretnej tematyki. W przypadkach takich serwuje się nam sporo różnych informacji „za pośrednictwem” autora opracowania, który wcześniej dokonał wyboru, analizy, oceny, syntezy danego materiału i nierzadko wysnuł własne wnioski. Tak podana wiedza nosi zawsze ślad interpretacji piszącego. W niniejszym tekście postaramy się nieco zmodyfikować tę prawidłowość. Najpierw przedstawimy oryginalny tekst, ze wszystkimi jego mankamentami stylistycznymi czy gramatycznymi, tak aby Czytelnik sam mógł obcować z materiałem źródłowym. Następnie zamkniemy całość komentarzem „odautorskim”, z którym Czytelnik może, ale nie musi się w pełni zgadzać.

Prezentujemy zatem poniżej oryginalny tekst z 1895 r. Tekstem wytłuszczonym przytoczone zostały uwagi poczynione w czasie późniejszym przez kogoś, kto dostrzegł wartość historyczną prezentowanego tu dokumentu. Niestety, nie wszystkie słowa zostały czytelnie zapisane

[część dotyczącą spraw osobistych nieco rozjaśniliśmy].

List Antoniny Gelesównej (?), córki Bratanicy Emila Serkowskiego z Podgórza, a pisany do mani Maryjewskiej wnuczki Emila (…zem…ej M…owej) w Podgórzu. Jan Serkowski obchodził jubileusz skończonych lat 60-u swego wieku

Warszawa dnia 17/4  95

Kochana Maniu!

Na wstępie wybacz, że pisze do Ciebie na firmowym papierze, lecz mi zabrakło na razie innego, a nie chcę już odkładać, kiedy dzisiaj już przyszło natchnienie, bo nie wiem kiedy znowu napisałabym, a i tak nasza korespondencya jest dość rzadka. Miałam zamiar powinszować Ci wesołego Alleluja, ale cały tydzień przedświąteczny zęby mnie bolały i nie miałam ochoty do niczego. I w święta nie byłam zdrowa, w pierwsze święto i głowa mnie bolała, i zęby, tak że zamiast bawić gości, którzy u nasz byli musiałam się położyć.

Lecz prawda, ja nie opisałam Ci jeszcze obchodu jubileuszowego, i wy nic o nim nie wiecie, a odbył się rzeczywiście wspaniale; opiszę Ci w szczególe: O godzinie 9.tej rano odbyło się najprzód nabożeństwo w kościele parafialnym, na które złożyli się czeladnicy fabryczni, i na którym śpiewali również robotnicy; następnie zebrali się wszyscy o godzi. 11.tej w ogromnych dwóch warsztatach wyprzątniętych na ten dzień, i przybranych zielenią i zgromadzili się tam wszyscy robotnicy, administracya i sklepowe, cała rodzina, i spora garstka osób znajomych, a życzliwych. Gdy już wszyscy się ugrupowali, dwie robotnice najładniejsza, (a jest jedna rzeczywiście śliczna dziewczyna), i najstarsza, wprowadziły Wuja pod ręce, i umieściły na przeznaczonem krześle, i z pierwszą mową wystąpił p. Kuner; mówił długo i bardzo ładnie, w imieniu wszystkich pracowników, poczem wręczyli Wujowi album z fotografiami rodziny, administracyi, wszystkich robotników w ogólnej grupie, sklepów, i wszystkich warsztatów; a sam album to prawdziwe arcydzieło. Okładka jest z zielonego pluszu, a na zwierzchniej stronie z srebra wykończone godła pracy i wytrwałości, a naokoło winieta z narzędzi do pracy. Lecz jak to wszystko wykończone, to satysfakcya patrzeć, a wszystko robili w fabryce robotnicy; jesienią będzie tu wystawa, mają zamiar album ten pomieścić, bo rzeczywiście wart tego. Następnie wszystkie wnuki, a jest ich siedmioro, wręczyli ogromny kosz kwiatów, przy którym było 7 wstążek z imionami wszystkich wnucząt. Potem miał mowę jeden z majstrów, a po nim ta najładniejsza z dziewcząt fabrycznych wypowiedziała wierszyk okolicznościowy, umyślnie ułożony, i wręczyły ogromny bukiet z świeżych kwiatów, ułożony na kole od maszyny. A prawda jeszcze na samym początku przy wejściu Wuja odśpiewali cyzlerzy modlitwę, jak również i na zakończenie. A oprócz tego dostał Wuj jeszcze swój portret dużych rozmiarów, w dębowej ramie, przybrany świeżemi kwiatami. Gdy już te wszystkie uroczystości się skończyły, przeszli wszyscy (a to przeszło 300 osób), na pierwsze piętro, gdzie w wozowni ustawione były stoły i podejmowani byli wszyscy gościnnie. Przy tem było masę toastów, nadchodziły wciąż telegramy, robotnicy śpiewali bardzo ładne kawałki na głosy, no i flirt kwitnął, żarty, hałas był, gwar, aż do godziny 3 czy 4tej. Gdy się już wszyscy porozchodzili, jeszcze kółko bliżej znajomych nam osób przeszło do nas do mieszkania, i bawili do godziny siódmej wieczorem. Oto masz opis całej ceremonii, która się odbyła bez najmniejszego zakłócenia, bez najmniejszej dysharmonii —-

No ale jakżeż tam z Twoim zdrowiem? spodziewam się że musiałaś już przebyć tę szkaradną influenzę, na którą i tutaj wszyscy chorowali, mnie jeszcze szczęśliwie opuściła. A jakże się miewają Dziadzio, Babcia, Ciocia Bębczyńska (?), ucałuj wszystkim rączki odemnie, a powiedz mi czy się nie gniewają że do Nich wprost nie piszę, lecz mnie się zdaje że jak z Tobą koresponduję, to już dowiem się o wszystkich i o wszystkiem, a nie chciałabym Dziadzi fatygować listami. A teraz moja droga Mańku bywaj mi zdrowa, ucałuj wszystkich odemnie, kłaniaj się wszystkim, a napisz znowu do mnie co, dużo i dobrego. Całuję Cię serdecznie zawsze życzliwa

Antonina

A jakżeż u Was święta przeszły? Rękawka udała się? ja w dzień rękawki byłam na koncercie w ratuszu, w którym brał udział Józio Hoffman, ach: gra prześlicznie.

Tyle autorka listu – Antonina, która wg późniejszego dopisku była dla jubilata raczej z pokolenia wnucząt, co nie przeszkadzało jej nazywać go wujem, choć ściśle rzecz ujmując, był on dla niej raczej „wujkiem dziadecznym”.

O firmie, jej działalności, produkcji czy asortymencie nie będziemy szczegółowo pisali – zajmiemy się raczej zaprezentowanym tu dokumentem (list) ukazującego nieznany dotąd epizod – krótki, acz bardzo znaczący, jakim były obchody jubileuszu 60. rocznicy urodzin właściciela i założyciela firmy.

Wspomnijmy tylko, iż zakład, powstały w początkach lat 60. XX w., zajmował się głównie produkcją lamp naftowych. Był też dział odlewniczy, gdzie wykonywano różne elementy z brązu. Po wejściu do powszechnego użytku elektryczności, gdy popyt na lampy naftowe nieco zmalał, skupiono się na dziale odlewniczym, wytwarzającym m.in. żyrandole czy kinkiety. Oprócz tego w latach 20. XX w. rozszerzono działalność, podejmując produkcję przedmiotów z innych niż brąz metali, np. z duraluminium. Szukano też odbiorców (na swój sposób niszowych) dla oferowanych od lat lamp nieelektrycznych, co zaowocowało m.in. produkcją lamp sygnałowych dla kolei (karbidówki) czy specjalizacją w zakresie samych palników do lamp gazowych. Zresztą oświetlenie i ogrzewanie gazowe było kolejną dziedziną, w którą zainwestowała firma Serkowskiego. W dwudziestoleciu międzywojennym z tego zakresu oferowano m.in. gazowe kuchnie i piece do ogrzewania gazem pomieszczeń, ale także tzw. gazowe piece kąpielowe czyli zapewne coś, co z czasem zaczęto określać mianem bojlerów. Firma proponowała także swym klientom gazowe żelazka (jak również podgrzewacze do żelazek), termy dla lekarzy, dentystów czy fryzjerów. Widać zatem, że prowadzono szeroko zakrojoną działalność, i to zarówno jeśli chodzi o zakres tematyczny produkowanych przedmiotów, jak i materiał, z jakiego je wykonywano. Ostatnie wzmianki o działalności pojawiają się w prasie jeszcze w 1942 r. Można więc przyjąć, że ostateczny kres działalności firmy położyła II wojna światowa, a ściślej mówiąc – zapewne powstanie w getcie warszawskim w 1943 r. pamiętajmy bowiem, iż zakład znajdował się dokładnie na granicy z dzielnicą żydowską.

Wróćmy jednak do zaprezentowanego tu listu, który, szczęśliwie, sporządzono na papierze firmowym. Choć pisząca nad tym ubolewa i adresatkę przeprasza – że to nieelegancko – to istnieje duże prawdopodobieństwo, że gdyby list posłano na zwykłym gładkim papierze, najprawdopodobniej nie zachowałby się on do naszych czasów. Co innego ekskluzywny papier firmowy, który był wówczas często bardzo ozdobnym dokumentem. Artefakty tego rodzaju od wielu już lat uważa się za atrakcyjne kolekcjonersko obiekty. Tym samym cały szereg osób ma je w swoich zbiorach, co niejednokrotnie przyczynia się do ich uratowania, ocalenia od zniszczenia, od wyrzucenia do śmieci.

Tekst pomieszczony na owym dokumencie – czyli sam list – jawi się z początku jako dodatek do pięknego dokumentu. W pierwszym odruchu zwracamy uwagę na formę graficzną, dopiero potem zaczynamy interesować się tym, co też tam napisano. Zważywszy że nie jest to typowa treść rachunku, dla którego ów dokument był przeznaczony, tylko zapisany drobnym maczkiem długi tekst, może on wzbudzać dodatkową ciekawość.

Jak już wspomnieliśmy, stare rachunki często miewały ozdobne nagłówki. Ozdobność owa wyrażała się najczęściej poprzez wyrafinowaną czcionkę, umieszczenie produktów, którymi zajmowała sie firma, czy też np. alegorycznych wyobrażeń – wszystko to można było zapewne zamówić w różnych kompozycjach ze swego rodzaju graficznych katalogów-wzorników. Na wyższym poziomie stały winiety robione na zamówienie dla konkretnych przedsiębiorstw. Wówczas to przedstawiano niejednokrotnie zabudowania firmowe, w sposób przypominający technikę rzutów aksonometrycznych. Samo ukazanie owych zabudowań było najzwyklejszą reklamą i swego rodzaju sygnałem dla oglądającego/klienta, który można by streścić tak: „Popatrz na naszą firmę – tak wyglądamy, mamy własny plac i fabrykę, nie jesteśmy znikąd, jesteśmy dużym i wiarygodnym przedsiębiorstwem”. Nasz dokument należy właśnie do tego najrzadszego typu, który niesie ze sobą wartość dodaną w postaci panoramy w nagłówku, ukazującej często nigdy niefotografowane obiekty. Z ikonograficznego punktu widzenia (szczególnie dla tak bardzo zniszczonej w czasie wojny Warszawy) jest to wartość nie do przecenienia – jedyny często zapis danej przestrzeni, mały fragment nieistniejącego i niemożliwego do odtworzenia już miasta. Tu mamy do czynienia z widokiem (najprawdopodobniej nigdy dotąd niepublikowanym) Fabryki Lamp i Bronzów Jana Serkowskiego w Warszawie (pis. oryginalna) mieszczącej się przy ul. Nowolipie 76/78, dokładnie w tym miejscu, gdzie obecnie znajduje się tzw. ślepa kiszka Żelaznej.

Dla dokładnego zlokalizowania miejsca przedstawiamy poniżej plany i zdjęcia lotnicze.

Powiedzmy słów kilka o samym dziwacznym określeniu: ślepa kiszka Żelaznej. Otóż po rozbiórce zabudowań fabrycznych, mieszczących się na placu zlokalizowanym dokładnie naprzeciwko styku ulic Żelaznej i Nowolipia, postanowiono nieco przedłużyć pierwszą z ulic, dodając niedługi ślepy odcinek na północ od ulicy Nowolipie. Było to podyktowane optymalizacją przyszłych zysków. Przy wytyczonym ślepym zaułku, między rokiem 1935 a II wojną światową, stanęły trzy kamienice o numerach 99, 101 i 103 (istniejące do dziś). Każda z nich była domem frontowym. Gdyby nie wytyczenie ślepego odcinka ulicy Żelaznej, skończyłoby się najprawdopodobniej na wybudowaniu kilku podwórek studni otoczonych oficynami. A mieszkać w oficynie, nawet najbardziej nowoczesnej, to wszak zupełnie coś innego niż w domu frontowym! Tak więc pozorna strata miejsca pod ulicę była tak naprawdę krokiem do zwielokrotnienia zysków. Gwoli ścisłości dodać tu warto, że pod budowę wspomnianych trzech kamienic nie rozebrano całego zakładu, a jedynie cześć mniej ważnych zabudowań, Na zdjęciu lotniczym z 1945 r. widać wyraźnie, zniszczone, co prawda, lecz istniejące do powstania warszawskiego, hale fabryczne, co w zestawieniu z anonsami prasowymi z 1942 r. daje pełny obraz sytuacji. Otóż na przyulicznej części działki pobudowano trzy kamienice wzdłuż ślepego zaułka – przedłużenia ulicy Żelaznej, a w głębi cały czas działał zakład produkcyjny.

Powróćmy jednak do treści listu, gdzie autorka po kilku pierwszych zdaniach na tematy osobiste, m.in. dotyczące Świąt Wielkanocnych czy jej zdrowia, przechodzi do części nas interesującej, czyli do opisu obchodów i uroczystości towarzyszących 60. rocznicy urodzin właściciela firmy, Jana Serkowskiego. Opis jest nader szczegółowy, plastyczny i zarazem emocjonalny. Pokazuje cześć, jaką był otaczany pryncypał, niewymuszoną i spontaniczną chęć robotniczej braci umilenia tego dnia jubilatowi, nawet poprzez zupełnie małe gesty, jak wprowadzenie go do sali przez robotnice, czytanie wierszy (ich własnych), śpiewanie pieśni itd. Odnosi się wrażenie, jakby wiele osób miało własne „autorskie” pomysły na uczczenie rocznicy i tylko czyjaś niewidzialna ręka uporządkowała je w odpowiedni logiczny sposób. Całość wygląda trochę tak, jakby każdy za punkt honoru poczytywał sobie uczczenie w sobie tylko znany, najlepszy w swym mniemaniu sposób, tej jakże ważnej dla wszystkich rocznicy.

Burzy to poniekąd owe obrazy, skwapliwie konstruowane po ostatniej wojnie, a dotyczące relacji pracodawca-pracownik (najczęściej robotnik), w których ten ostatni był wyzyskiwany i łupiony do ostatnich granic, a ten pierwszy tuczył się na jego biedzie i nieszczęściu. Gdyby istotnie było tak i w tym przypadku, to nie miałyby miejsca tak huczne i wielowątkowe obchody, z tak wieloma punktami programu. Przypomnijmy też, że w uroczystości brało udział ok. 300 osób, które w większości należały do personelu i to zarówno biurowego, jak i do pracowników fizycznych. Poza tym nie było sztucznego rozdzielania na lepiej i gorzej urodzonych. W uroczystościach brały udział zarówno osoby zatrudnione w zakładzie, jak i przyjaciele rodziny. Ci ostatni raczej nie wywodzili się z klasy robotniczej, co w zupełności nie przeszkadzało im razem świętować w specjalnie na ten cel przysposobionych halach produkcyjnych. Obala to jednoznacznie stereotyp złego pracodawcy, który nawet rozmawia ze swym robotnikiem za pośrednictwem kogoś z administracji. Tu sytuacja jest odwrotna: personel traktuje właściciela, jako największego dobrodzieja, niemalże jak ojca wielkiej rodziny. Na marginesie można przypomnieć, iż podobny obraz właścicieli został przedstawiony w książce pełnej wspomnień dawnych pracowników, a dotyczącej o wiele bardziej rozpoznawalnej i potężniejszej firmy jaką byli Bracia Jabłkowscy. Zapewne takich przedsiębiorstw, tak „ludzko” prowadzonych, było przed wojną znacznie więcej. Przedsiębiorstw dbających o swój personel jak o największe dobro firmy, którym to dobrem pracownicy ci de facto przecież byli. Nie znaczy to oczywiście, że nie miały miejsca sytuacje zgoła odwrotne, polegające na wyzysku i złym traktowaniu pracowników.

Zauważmy, że cała impreza zaczęła się mszą – zapewne w najbliższym (a ocalałym do dziś) kościele św. Augustyna przy sąsiednich Nowolipkach. Dopiero po tej uroczystości zaczęto właściwe obchody rocznicy. I nikogo taka kolejność nie dziwiła. Poza tym w opisie pojawia się wzmianka o pieśniach religijnych śpiewanych przez pracowników dla jubilata. Na osobną wzmiankę zasługuje też jeden z prezentów dla jubilata – pamiątkowy album, stworzony najprawdopodobniej w jednym tylko egzemplarzu, specjalnie na tę właśnie okazję. Zdjęcia robił zapewne profesjonalny fotograf, ale całą resztę, którą tak bardzo zachwyca się pisząca, wykonano na miejscu – w zakładzie. Poza tym że oprawa woluminu czyniła zeń małe arcydzieło, bezwzględnie wartościowa była sama zawartość albumu, w którym oprócz fotografii (pojedynczych i grupowych) zatrudnionych tu osób, pojawiały się widoki miejsc – poszczególnych obiektów związanych zarówno z produkcją, jak i ze zbytem. Wspomniane są m.in. sklepy firmowe, których było kilka. Na przełomie XIX i XX w. Serkowski sprzedawał swe wyroby w dwóch, jak to się wówczas mówiło, magazynach w Warszawie (na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Królewskiej oraz przy ul. Marszałkowskiej 112) i jednym w Łodzi (przy ul. Nowy Rynek 2). Znane są tego typu wydawnictwa, dotyczące różnych przedsiębiorstw. Publikowano je czasem w niewielkich nakładach. Dziś obiekty takie są bardzo rzadko spotykane na rynku kolekcjonerskim. Jak więc sklasyfikować tak jednostkowe dzieło, jak ów wspomniany powyżej, oprawiony w zielony plusz album, o ozdobnych okuciach? Na podstawie tego, co czasami ukazywało się drukiem, a dotyczyło innych firm, możemy się domyślać, co zawierał „nasz” album. Schemat był zapewne podobny, tzn. zaprezentowana była oprócz ludzi cała „lista” ikonograficznych informacji dotyczących wnętrz i widoków zewnętrznych obiektów związanych z firmą – materiał iście unikatowy. Zauważmy, że po tym, co stało się z naszym miastem w późniejszym okresie (wojna), raczej małe są szanse, iż album ów przetrwał; ale jak to się mówi: „cuda się zdarzają”. Być może owo unikatowe opracowanie jubileuszowe istnieje. Może w zaciszu jakiejś domowej biblioteki przechowywane jest cały czas bez świadomości właściciela, jak wielki varsavianistyczny skarb ma on w posiadaniu. Kto wie…? Być może album przetrwał we fragmentach, być może wyjechał z kraju wraz z emigrującym w dawnych czasach członkiem rodziny Serkowskich i obecnie na drugim końcu świata stoi na półce, ma się dobrze, lecz nikt nie wie, skąd konkretnie pochodzi i co przedstawia. Zawsze można mieć cichą i bardzo nieśmiałą nadzieję, że w obecnych czasach doby Internetu, kiedy świat tak bardzo „się skurczył”, ktoś poprzez sieć trafi na prezentowany tu tekst, skojarzy fakty i być może nastąpi tzw. cudowne odnalezienie? Szanse na to są właściwie równe zeru, ale cień nadziei na taki finał zawsze pozostaje…

Na zakończenie powiedzmy kilka słów o postscriptum, w którym autorka listu wspomina o koncercie, jak go nazywa, Józia Hoffmana (myląc nieco faktyczny zapis nazwiska). Być może zdrobnienie wzięło się stąd, że ten znakomicie zapowiadający się pianista miał wówczas dopiero 19 lat (?). Muzyk, ów będący też wynalazcą, urodził się w 1876 r. w Polsce, a zmarł w 1957 r. w USA. Dość ciekawa to postać, o której słów kilka mówi nam Wikipedia, skąd pozwoliliśmy sobie zaczerpnąć poniższe zdjęcie. Pochodzi ono z tego samego roku, co zaprezentowany tu list. Mamy więc okazję zobaczyć, jak wyglądał artysta, którego twórczością zachwyca się pisząca. Ze wzmianki dowiadujemy się, że występ miał miejsce w ratuszu (czyli w pałacu Jabłonowskich przy pl. Teatralnym).

Prócz tego w jednym zdaniu przywołana jest tzw. rękawka, która dla mieszkańców Krakowa jest czymś oczywistym, lecz dla innych już niekoniecznie. Objaśnijmy pokrótce, iż jest to tradycyjne, radosne święto, hucznie obchodzone na wiosnę, którego pochodzenie ginie w mrokach dziejów. Swymi początkami sięga ono z dużym prawdopodobieństwem czasów przedchrześcijańskich. Charakterystyczna, niejasna dla Polaków do końca nazwa pochodzi zaś od pobliskiego wzgórza (kopca) i może być utożsamiana, z pochówkiem, grobowcem – z sacrum wokół miejsca spoczynku doczesnych szczątków. Dowiadujemy się tego dzięki porównaniom z innymi słowiańskimi językami.

Jakże budujące i interesujące zarazem może być obcowanie ze starymi materiałami źródłowymi, zawierającymi nieraz mnóstwo ciekawych informacji i to nie tylko dotyczących Warszawy.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj