11.5 C
Warszawa
niedziela, 25 września, 2022

„Lipsk”, czyli budynek z paczki

Autor: Jerzy S. Majewski

Każdy, kto kupił kiedyś mebel w IKEA, miał możliwość przywiezienia go do domu w paczce i samodzielnego złożenia zgodnie z załączoną instrukcją. Podobnie było z budynkami typu „Lipsk”. Zapakowane, przywożone były na teren budowy i tu składane. Jeżeli żadnej części nie brakowało, nie została ona uszkodzona w transporcie, a wykonawcy trzymali się instrukcji, można było dość szybko uporać się z montażem.

„Lipski” to w Polsce synonimy PRL-u czasów Gierka i propagandy budowy „Drugiej Polski”. Nie były jednak pomysłem polskim. Wymyślone zostały przez inżynierów w Lipsku w ówczesnej Niemieckiej Republice Demokratycznej. Przez całe lata 70. i 80. masowo budowano je na terenie Wschodnich Niemiec i w Polsce. W naszym kraju najwięcej na Górnym Śląsku, w Zagłębiu Dąbrowskim i w Warszawie.

O ile w Warszawie powstawały zazwyczaj samotnie lub w parach (np. przy ulicach Księcia Janusza i Obozowej), to na Śląsku potrafiły występować stadami. Tak było np. w Dąbrowie Górniczej, stanowiącej zaplecze Huty Katowice. Huta była jedną z priorytetowych realizacji lat 70. Wznoszono ją szybko i z rozmachem, a „Lipski”, przeznaczone na biurowce czy hotele robotnicze, przynajmniej w teorii składały się łatwo i szybko. Tyle tylko że prace przy ich montażu prowadzone były w sposób wyjątkowo niechlujny. Nie miało to jednak większego znaczenia. Liczyło się tempo.

Czym były zatem „Lipski”? Budynki te to dzieci – czy może raczej wnuki – idei prefabrykacji i uprzemysłowienia budownictwa. O jej realizacji marzyli już architekci na początku XX w. Pisząc w wielkim skrócie, prefabrykacja i standaryzacja miały rozwiązać głód mieszkaniowy, jaki panował chyba we wszystkich wielkich uprzemysłowionych miastach europejskich przełomu XIX i XX w. „Lipski” świetnie nadawały się też do budownictwa przemysłowego. Pierwsza, a potem jeszcze straszniejsza druga wojna światowa przyniosły zniszczenia na ogromną skalę i konieczność odbudowy. To skłaniało do myślenia o budowaniu w podobny sposób, w jaki myślano o masowej, taśmowej produkcji w fabrykach. Takie były np. źródła powstania fabryk domów, które u nas kojarzą się dziś dość negatywnie. „Lipski” dobrze wpisują się w te idee.

Budynki typu „Lipsk” wznoszono w Polsce od pierwszej połowy lat 70., w oparciu o projekt i technologię opracowaną w NRD. Projekt opracowywano od 1969 r. w kombinacie lekkich konstrukcji metalowych w Lipsku (VEB Metalleichtbaukombinat). Celem było stworzenie znormalizowanych systemów budowlanych, nadających się do seryjnej produkcji. Miały one obejmować zarówno konstrukcje budynków, jak też systemy elewacyjne. W różnych wariantach urządzenia wewnętrznego „Lipski” mogły pełnić funkcje budynków administracyjnych, internatów, hoteli robotniczych lub budynków produkcyjnych.

Te wielofunkcyjne obiekty powstawały z elementów gotowych, przysyłanych na plac budowy w „pakietach” przeznaczonych do montażu na miejscu. Ponoć nazywano je czasem systemem „rozpakuj i złóż”. Postępowano zgodnie z dołączoną do „pakietów” instrukcją. W teorii wydawało się to dziecinnie proste. Ale na budowie od razu pojawiały się problemy. Budynek to jednak nie łóżko czy szafa do szybkiego montażu, a realizację warunkowało wiele czynników. W dodatku, jak to w czasach PRL-u, szwankował nadzór, a prace budowlane bywały prowadzone w sposób partacki. Łatwo to zauważyć np. w wybrakowanych „od urodzenia” budynkach w Dąbrowie Górniczej.

Budynki typu „Lipsk” to obiekty na rzucie wydłużonego prostokąta, zwykle cztero- lub pięciopiętrowe, w układzie korytarzowym, o module stalowej konstrukcji 7,2 x 6 m. Te wymiary określały rozstaw stalowych słupów ocieplanych wełną mineralną. Prefabrykowane systemowe elementy elewacyjne z lekkiego metalu (zaprojektowane w lipskim kombinacie w dwóch rozmiarach) miały wypełnienia panelami z hartowanego szkła, pokrytego od wewnętrznej strony kolorową emalią i z warstwą izolacyjną od środka. To właśnie te szklane panele nadawały budynkom charakterystyczny wygląd. W Polsce – najczęściej w kolorze cyjanu, w odcieniach turkusów, błękitów, zieleni, brązów, oranżów, czerwieni czy – znacznie rzadziej – żółcieni. Budynki wznoszono na niskiej partii cokołowej, w Warszawie często okładanej cegłą klinkierową (np. przy Chełmskiej) lub płytkami ceramicznymi (np. przy ul. Szturmowej 4). Z poziomu ulicy do wejścia zazwyczaj wiodły schody.

Przed 1989 r., gdy Warszawa, jak większość innych polskich miast, była przygnębiająco szara, kolor na szklanych panelach elewacyjnych budynków typu „Lipsk” stanowił jakąś odmianę. Tyle tylko że niemal w każdym takim budynku, jak Polska długa i szeroka, przynajmniej jedna szyba była rozbita. Czasem do rozbicia dochodziło już w czasie budowy. „Części zapasowych” i zbitej szyby nikt potem nie uzupełniał. Szczerba szpeciła biurowiec już na zawsze, czasem wypełniano ja dyktą pomalowaną farbą olejną w kolorze elewacji.

Z izolacją termiczną ścian budynków było nie najlepiej. Zimą bywało w nich zimno, latem gorąco. Grzechem pierworodnym „Lipsków” było stosowanie w nich płyt azbestowych mających chronić stalową konstrukcję przed skutkami pożaru. W klasycznych biurowcach typu „Lipsk” wykorzystywano też podwieszane sufity z ognioodpornej, miękkiej płyty typu Sokalit. Płyty produkowane były w NRD i zawierały od 30 do 50% azbestu. Stosowano je również jako materiał do klap przeciwpożarowych i dymnych. Po latach eksploatacji, na skutek osłabienia struktury czy przemarzania ścian, w płytach zachodził proces uwalniania się włókien azbestu. Dziś materiały z azbestu stanowią problem zarówno w trakcie burzenia, jak i przebudowywania „Lipsków”. Kiedy rozbierano biurowiec przy ulicy Dubois w Warszawie, okoliczni mieszkańcy podnieśli alarm, bo wokół unosiły się chmury szkodliwego pyłu.

Jednak, jak czytamy w artykule Olgierda Donajki Sekretne życie szkieletorów, zamieszczonym na łamach „Inżyniera Budownictwa” z 2019 r., to wcale nie usuwanie azbestu przysparza najwięcej problemów w trakcie prób modernizacji tego rodzaju budynków. Jest nią stalowa szkieletowa konstrukcja budynków. Zgodnie z projektem na ruszcie dźwigarów i belek stropowych kładziono żelbetowe prefabrykowane płyty stropowe, zwykle grubości ok. 10 cm. Były one dwuwspornikowe, tworzyły ze stalowymi belkami konstrukcję zespoloną. Niestety, jak pisze Donajko, stosunek wysięgu wspornika płyty żelbetowej do rozpiętości przęsła jest jak 1 do 2, a takie proporcje przy przyjętym systemie montażu powodują, że w płycie nie ma szans na wystąpienie klasycznego momentu zginającego. Gdyby w trakcie montażu budynków ściśle trzymano się instrukcji, pewnie nie byłoby problemów. Jednak, jak już wspomniałem, bardzo często prace wykonywane były w sposób niechlujny.

Bywało też, że z powodu braku wszystkich elementów budowa ciągnęła się długo. Pamiętam budynki, których niezabezpieczone konstrukcje stały latami, zanim przystąpiono do ich wypełniania. Donajko wspomina o modernizowanym budynku, w którym w trakcie remontu po zdemontowaniu całej zabudowy wewnętrznej i zewnętrznej załamał się rygiel dachowy. „Bliższe oględziny wykazały, że spawacz zapomniał przyspawać blachy węzłowe do słupa. […] Rozbiórka elementów zabudowy i obudowy naruszyła sztywność połączenia […] Na szczęście rygiel zaklinował się między słupami i nie spadł pięć pięter niżej” – czytamy. Jednocześnie po usunięciu ścian zewnętrznych konstrukcja budynku zaczęła się kołysać, tracąc swą sztywność, poza ścianami i pionami klatek schodowych nie miała bowiem żadnych stężeń. Omal nie doszło do katastrofy budowlanej.

Problemy z konstrukcją sprawiają, że modernizacja tego rodzaju budynków jest bardzo trudna, a często nieopłacalna. Jak dotąd w Warszawie całkowicie rozebrano m.in. „Lipski” ZUS-u przy ul. Czerniakowskiej 16, biurowiec przy ul. Dubois 9, ul. Improwizacji 7 na Młocinach, budynek biurowo-produkcyjny drukarni Domu Słowa Polskiego przy ul. Miedzianej 11, ul. Przasnyskiej 6a na Powązkach, al. Stanów Zjednoczonych 61 czy ul. Wawrzyszewskiej 2.

Gdy przed kilkoma laty pisałem o rozbiórce biurowca typu „Lipsk” przy ulicy Miedzianej, zaproponowałem, by zachować dla potomnych kilka tego rodzaju budynków w Warszawie. Spośród „Lipsków”, które wyrosły w stolicy w latach 70. i 80. XX w., w niezmienionym kształcie zewnętrznym przetrwało jeszcze kilkanaście, a obiektem, który chyba najlepiej wrósł w przestrzeń stolicy, jest biurowiec na terenie Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych przy ul. Chełmskiej 21 na Sielcach.

Mój apel nie wzbudził entuzjazmu zwolenników burzenia budynków wzniesionych w technologii rodem z NRD. Ich zdaniem cechuje je wspomniany brak wartości konstrukcyjnej i estetyki. „To, co można zachować, to zdjęcie, żeby Masłowska wiedziała, w czym umieszcza swojego bohatera. Nic więcej. Nie rozczulajmy się nad czymkolwiek tylko dlatego, że jest. Lipsk bardzo łatwo ocenić – chłam budowlany na miarę NRD i nie ma w nim żadnej tajemnicy” – pisał na Facebooku jeden z uczestników dyskusji.

Jednak to nie wartość techniczna i estetyczna tych obiektów jest tu najważniejsza. Budynki typu „Lipsk” są świadkami epoki, a ocalenie kilku z nich stanowi gwarancję, że w naszej pamięci nie powstanie dziura.

W dyskusję włączył się wówczas dyrektor Biura Stołecznego Konserwatora Zabytków Michał Krasucki. Napisał, że przynajmniej jeden lub dwa najlepiej zachowane „Lipski” chciałby włączyć do gminnej ewidencji zabytków m.st. Warszawy. „Dla mnie są to przykłady masowego budownictwa biurowego. Ciekawy wydaje mi się już sam pomysł wprowadzenia technologii masowości umożliwiającej montaż budynku w dowolnym miejscu” – mówił Krasucki. Jak przekonywał, dopóki tego rodzaju architektura pozostaje czymś masowym, nie przedstawia wielkiej wartości. Jednak gdy masowo znika, to te jej przykłady, które ocaleją, staną się na swój sposób cenne. Dziś Krasucki mówi, że jego urząd wytypował kilka budynków, które zamierza włączyć do gminnej ewidencji zabytków. Na razie nie chce zdradzać ich adresów.

Na zakończenie dodajmy, że jesienią 2021 r. Mazowiecki Wojewódzki Konserwator Zabytków nie zezwolił na rozbiórkę aneksu dobudowanego do socrealistycznego budynku mieszczącego Scenę na Woli im. Tadeusza Łomnickiego. Postanowienie z 25 października 2021 r. podpisała Kinga Bogdanowska-Dzigowska, zastępczyni kierownika Wydziału Zabytków Warszawy WUOZ w Warszawie. Zatrzymało to prace przy adaptacji budynku na nową siedzibę Teatru Żydowskiego. Obiekt jest ujęty w gminnej ewidencji zabytków i konserwator uznał, że aneks w technologii „Lipsk” powinien być chroniony. I można by tej decyzji przyklasnąć. Tyle tylko że nie jest to budynek typu „Lipsk”! Mimo że ma stosowany w tego rodzaju obiektach prefabrykowany system elewacyjny. Czy jest on zatem wart ochrony? Mam w tym przypadku wątpliwości, jednak pytanie pozostawiam otwarte.

Jerzy S. Majewski – historyk sztuki, varsavianista, redaktor miesięcznika STOLICA – prowadzi od 2016 r. swój blog MIASTA RYTM, na którym prezentuje zabytki Warszawy i innych miast Polski. Wraz z nim zapraszamy na stronę: miastarytm.pl

5 KOMENTARZE

  1. Dziękuję za umieszczenie zdjęć LIPSKA należącego do WFDiF. Portiernia jest nowa. Można wymienić zdjęcie.
    Na mapce oznaczone są lokalizacje w lewobrzeżnej części Warszawy. Po drugiej stronie Wisły są co najmniej 2 istniejące budynki tego typu: Al.Stanów Zjednoczonych 51 i 53. Może warto dołączyć chociaż zdjęcia i/lub lokalizacje.
    Na Międzyborskiej już kilka lat po przebudowie. Nie przypominają w niczym dawnej struktury. Połączono je ze sobą w jeden obiekt.
    Pozdrawiam

  2. Ciekawy artykuł jak i fotografie. Czytałam już wcześniej o tego typu budynkach, jednak pewne informacje i szczegóły odnalazłam dopiero tutaj.
    Pozdrawiam

  3. Bardzo fajny artykuł. Taki budynek typu „Lipsk” właśnie jest rozbierany w Katowicach przy ul. Kossutha, a kilka widziałam ostatnio we wspomnianej w artykule Dąbrowie Górniczej. Jakby nie było technicznie (że azbest, że byle jakie składanie) budynki te naprawdę ładnie wyglądały na tle szarej rzeczywistości. Brawa dla Autora artykułu za pomysł i wykonanie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj