11.5 C
Warszawa
niedziela, 25 września, 2022

PATRIOTA BIBLIOTEKI POWSZECHNEJ – warszawskie losy Leona Bykowskiego

„Ślady” – varsavianistyczne wątki w biografiach, wspomnieniach, książkach, na starych fotografiach, w kamienicach, kawiarniach i na ulicach. Szlaki niegdysiejszych mieszkańców Warszawy tropi Joanna Rolińska.

fot. Jacek Marczewski

Autor: JOANNA ROLIŃSKA

Zanim Białoszewski w Pamiętniku z powstania warszawskiego w brawurowy sposób opowie zryw sierpniowy z perspektywy warszawskich mieszkańców, kilkanaście lat wcześniej uczyni to – jako pierwsza – Maria Dąbrowska. Poświęci powstaniu ostatnią część niedokończonej powieści Przygody człowieka myślącego – oprze ją na własnych przeżyciach, dlatego większość przedstawionych tam postaci i zdarzeń będzie miała swoje odpowiedniki w prawdziwym życiu.

Podczas gdy Białoszewski w powstańczych dniach widział w relacjach międzyludzkich dużo dobra, spojrzenie Dąbrowskiej odwrotnie – było krytyczne, gorzkie. Jedną ze scen opisanych w Przygodach i zapadających mocno w pamięć jest moment aresztowania w Bibliotece Publicznej na Koszykowej jej ówczesnego dyrektora Lwa Bykowskiego przez Państwowy Korpus Bezpieczeństwa. Dąbrowska była świadkiem tej sceny – na przełomie sierpnia i września 1944 r. mieszkała w gmachu Biblioteki (razem ze Stanisławem Stempowskim, Anną i Jerzym Kowalskimi – zjawili się tam na zaproszenie Bykowskiego, który ściągał na Koszykową pracowników naukowych i ludzi pióra w nadziei, że będą w Bibliotece bezpieczni).

W powieści Dąbrowskiej Bykowski nosi nazwisko Oleniuk (był pochodzenia ukraińsko-polskiego): „Wchodząc […] w znajome sobie drzwi Biblioteki, […] Ewa [alter ego Dąbrowskiej – przyp. JR] ku swojemu zdziwieniu została wylegitymowana przez młodzieńca o niskim czole i ponurym wejrzeniu. W gmachu byli przedstawiciele Państwowego Korpusu Bezpieczeństwa. W pierwszym pokoju na lewo odbywała się gwałtowna i hałaśliwa scena. Stanąwszy w progu, Ewa zobaczyła ze zgrozą, że paru młodych ludzi o niewinnych oczach i zdziczałych wyrazach twarzy okłada batogami dyrektora Oleniuka. Usłyszała krzyk: – Milcz, k…. twoja mać! Nie masz nic do gadania. Marsz z nami i ani pary z gęby!”.

W pamiętnikach pisanych na gorąco w grudniu 1944 r. i opublikowanych bez żadnych poprawek po 20 latach przez paryski Instytut Literacki („Zeszyty Historyczne”, 1964, nr 5) Bykowski tak opisuje tę scenę: „[…] zaczęli mnie bić gumowymi pałkami. Potem kazali się zgiąć, podnieśli mój płaszcz i dalej mnie bili po ramionach i po lewym boku. Przyszło mi na myśl, jak jakaś asocjacja, sam nie wiem czemu, polskie hasło: „«Za naszą i waszą wolność!»”.

W relacji Dąbrowskiej mieszkańcy i pracownicy Biblioteki obecni przy aresztowaniu Oleniuka (Bykowskiego) usiłują go bronić: „Norkowski [w powieści pod tym nazwiskiem ukrywał się filolog klasyczny Jerzy Kowalski, mąż Anny – JR] […] miotał się dokoła młodocianych żandarmów czy policjantów. – Panowie! – krzyczał. – Jesteście Polakami! Jesteśmy wszyscy Polakami! Tak nie wolno postępować. Jeśli dyrektor Biblioteki jest o coś podejrzany, to musi być sąd! A wy nie macie prawa bić ani poterać człowieka. Panowie! Musimy się czymś różnić od gestapowców! – Co pan tu zawracasz gitarę – ryknął jeden z szarpiących się z Oleniukiem. Kto pan jesteś? Odwalaj się pan, bo się i do twojej skóry dobierzemy!”.

Szlachetną postawę Jerzego Kowalskiego zapamiętał również Bykowski: „Z otaczającego nas tłumu odważył się odezwać – dotąd mi mało znany, profesor J.K. (ze Lwowa): – To, że on jest Ukraińcem, nie jest żadnym przestępstwem. Jakież to postępowanie! Przecież on jest dyrektorem Biblioteki! – Nie wtrącaj się do nie swoich spraw! Ktoś Ty? – ordynarnie wrzasnął żandarm. – Jestem profesorem J.K. – Uważaj, żebyś również nie oberwał!”.


Lew (Leon) Bykowski urodził się na Ukrainie w 1896 r. Ten bibliofil i bibliotekoznawca poświęcił Warszawie i jej księgozbiorowi 16 lat życia, działając na rzecz rozwoju polskiej bibliologii i kształcąc polskich bibliotekarzy. Jego ojciec, Polak wyznania katolickiego, pochodził ze zubożałej szlachty, matka, prawosławna, miała korzenie ukraińsko-romskie. W domu Bykowskich rozmawiano po polsku i po ukraińsku. Ulubioną lekturą chłopca w dzieciństwie było Ogniem i mieczem, a ukochanym bohaterem literackim stał się Bohun. Lew przyznawał się do tożsamości zarówno polskiej, jak i ukraińskiej, niemniej jednak bardziej czuł się związany z narodem, w którym się urodził i wychował. Po I wojnie światowej wspierał działania na rzecz niepodległości Ukrainy. Z tego powodu na początku lat 20. XX w., w obawie przed represjami, razem z rodzicami uciekł do Polski, gdzie podjął studia filologiczne na Uniwersytecie Warszawskim i kurs bibliotekoznawstwa w Bibliotece na Koszykowej. Po krótkim pobycie w Czechosłowacji, w 1928 r., wrócił do Warszawy i stanął na czele Wydziału Kompletowania Zbiorów Miejskiej Biblioteki Publicznej na Koszykowej, redagował „Biuletyn Biblioteki Publicznej m.st. Warszawy” i wykładał na wyższych studiach bibliotekoznawczych.

Rostysław Kramar pisał: „Dowodem tego, jak odpowiedzialne stanowisko przydzielono Bykowskiemu, są biblioteczne statystyki. W broszurze autorstwa Faustyna Czerwijowskiego «Biblioteka Publiczna m.st. Warszawy. Stan na 1.IV.1936 r.» zaznacza się, że w latach 30. z różnych źródeł do biblioteki rocznie wpływało ok. 25 tys. woluminów książek i ok. 2,2 tys. różnych tytułów różnych wydawnictw periodycznych i ciągłych. Wszystkie te nowości trafiały do biblioteki dzięki zaledwie kilkuosobowemu wydziałowi kompletowania zbiorów zarządzanemu przez Bykowskiego”.

Kramar podkreśla, że Bykowski „rozpoczął pracę w bibliotekarstwie polskim w okresie tzw. normalizacji, kiedy to tworzono ustrojowe, funkcyjne i przedmiotowe normy dotyczące działalności bibliotek. […] Entuzjazm panujący wówczas w bibliotekarstwie był częścią szerszych procesów społecznych towarzyszących odbudowie polskiej państwowości”. Biblioteka na Koszykowej kształtowała wówczas „politykę książkową w stolicy Polski, a nawet na terenie kraju”. Na czele Biblioteki stał wtedy Faustyn Czerwijowski, jeden z jej organizatorów, wybitny bibliolog i reformator bibliotekarstwa, twórca jednej z pierwszych w Polsce szkół bibliotekarskich, która powstała właśnie przy Bibliotece: „Z inicjatywy Czerwijowskiego Bykowski został jednym z wykładowców tej szkoły oraz redaktorem naczelnym pisma «Bibliotekarz» […] O randze zadań powierzonych przez polskich bibliologów Bykowskiemu świadczy m.in. fakt, iż to właśnie on na IV Zjeździe Bibliotekarzy Polskich (31 maja – 2 czerwca 1936) wygłosił program polskiej polityki bibliotecznej w zakresie bibliotek publicznych”.

W broszurze Współczesna polityka biblioteczna w zakresie publicznych bibliotek oświatowych (Warszawa 1937) Bykowski nawoływał do korzystania z najnowocześniejszych doświadczeń świata zachodniego – aby każdy obywatel miał „wolny i bezpłatny dostęp do książki”. Na temat tej publikacji pisał jej recenzent Eugeniusz Golus: „[…] jest pierwszą w literaturze polskiej próbą ujęcia polityki bibliotecznej jako odrębnej dyscypliny naukowej”. O identyfikacji autora z Polską świadczą słowa wstępu do wyżej wspomnianej broszury: „Zbliżamy się do końca dziesięciolecia naszej odrodzonej państwowości”. Po wojnie Bykowski pisał: „Ale szczególnie spodobała mi się Warszawska Miejska Biblioteka Publiczna, przy ulicy Koszykowej 26. […] była zorganizowana w sposób nowoczesny. Jej zbiory i katalogi […] były zorganizowane i prowadzone według międzynarodowego systemu dziesiątkowego, według zasad brukselskich (jak w Narodowej Bibliotece Ukrainy w Kijowie). Biblioteka wyróżniała się szczególnym podejściem do czytelnika. Była ona ośrodkiem tego pionierskiego bibliotecznego ruchu w Polsce”.

***

Podejmując pracę w Bibliotece na Koszykowej, Bykowski zataił ukraińskie pochodzenie, zadeklarował narodowość polską i rzymskokatolickie wyznanie. Być może złożenie takiej deklaracji było warunkiem otrzymania publicznej posady. W 1937 r., biorąc ślub z Polką, Maurycją Goczałkowską, przeszedł na protestantyzm; ślub odbył się w kościele ewangelicko-reformowanym w Warszawie.

W 1942 r., z nadania okupacyjnych władz, został dyrektorem Biblioteki na Koszykowej. Pracę, która była jego niewątpliwą pasją, łączył z działalnością na rzecz Ukrainy, współtworzył działający w czasie okupacji w Warszawie Ukraiński Instytut Czarnomorski, w ramach którego prowadzono badania polityczne i gospodarcze ukierunkowane na uzyskanie niepodległości przez naszego sąsiada. Motywem przewodnim tych badań było geostrategiczne znaczenie obszaru Morza Czarnego dla państwowości ukraińskiej. Podczas powstania warszawskiego Bykowski przyjmował w depozyt cenne zbiory biblioteczne od Polaków, od osób prywatnych, ale też od organizacji ukraińskich, peregrynując w tym celu po mieście z narażeniem życia – wtedy m.in., 12 sierpnia, miała miejsce jego wizyta na Polnej u Marii Dąbrowskiej i Stanisława Stempowskiego, którego Bykowski znał jako ministra rolnictwa i ministra zdrowia w rządzie Ukraińskiej Republiki Ludowej w 1920 r.

22 sierpnia 1944 r. Bykowski został oskarżony przez żandarmerię powstańczą AK o wydawanie Niemcom zbiorów bibliotecznych.

Jako dyrektor Biblioteki siłą rzeczy zmuszony był do kontaktów z okupantem. Jednak wpływ na aresztowanie mogło mieć też zatajenie informacji o podwójnej tożsamości narodowej. Stosunek powstańców do Ukraińców nie był przychylny. Po czystce na Wołyniu, czemu trudno się dziwić, słowo „Ukrainiec” stało się dla Polaków symbolem okrucieństwa. Pisze o tym w swoich wspomnieniach Bykowski: „[…] niemieckie ekscesy w stosunku do ludności Warszawy przypisywało się… Ukraińcom, którzy, jak mówiono, byli w szeregach wojska niemieckiego. Jeszcze na długo przed powstaniem krążyły wśród ludności pogłoski, że polska policja będzie usunięta z miasta i podobno zastąpiona przez policję ukraińską, która ma zlikwidować warszawski bandytyzm. Następnie w przeddzień powstania rozpowszechniono pogłoski, że jakoby wojsko niemieckie ma opuścić Warszawę – a zastąpią je dwie dywizje ukraińskie […]. Ich zadaniem będzie wytępienie Polaków. Toteż w czasie powstania mniej się mówiło wśród ludności o samych Niemcach, a więcej o Ukraińcach, którzy jakoby najbardziej podjudzają Niemców i sami okrutnie znęcają się nad ludnością. […] Kiedy zaś z opowiadań wynikało, że to nie Ukraińcy, a Niemcy, Moskale, Kozacy, Gruzini, Kałmucy lub jeszcze jacyś muzułmanie są na służbie Niemców, to i wówczas była jedna stereotypowa odpowiedź: «Przecież wszyscy oni – to Ukraińcy»”.

Na domiar złego Bykowski nie miał w tym czasie dobrego porozumienia z pracownikami Biblioteki. Pisał: „[…] dbałem przede wszystkim o zbiory i dom Biblioteki. Opiekę nad ludźmi stawiałem na drugim planie i z tego powodu zaczęły się nieporozumienia z niektórymi urzędnikami, którzy znaleźli się w czasie powstania w domu Biblioteki […]. Starałem się utrzymać «złoty środek», ulegałem wymaganiom powstańców, a równocześnie starałem się odizolować Bibliotekę od powstańczej akcji. Wiedziałem, że od chwili, w której Biblioteka zacznie brać czynny udział w akcji powstańczej, zbiory jej ulegną uszkodzeniu lub nawet zniszczeniu”.

Po aresztowaniu Bykowski trafił na ul. Poznańską 12 (gdzie mieściły się powstańcze władze sądowe): „[…] posadzono mnie w sieni, twarzą do ściany. W pół godziny potem przyszedł żandarm i wypisał mi na plecach białą farbą polską literę «U» (Ukrainiec)”. W celi z Bykowskim siedzieli m.in. 17-letni Polak, żołnierz AK, który został aresztowany za kradzież jedzenia, i Niemiec – dezerter z niemieckiej armii, który wcześniej ukrywał się przed władzami niemieckimi. Jako więzień Bykowski został przymusowo oddelegowany do kopania tunelu przy ulicy Emilii Plater, nieopodal kościoła. Ponieważ prace odbywały się pod niemieckim ostrzałem, został ranny w szyję i trafił do szpitala przy ul. Hożej 39 – zapamiętał, że panowały tam dobre warunki, zapamiętał też siostrę zakonną, która robiła mu zakupy za własne pieniądze i nie chciała nigdy zwrotu długu, oraz rannego 20-letniego Moskala „Wańkę”, walczącego po stronie powstańców. 27 sierpnia został warunkowo, pod nadzorem, zwolniony z aresztu, nie otrzymał jednak pełnej rehabilitacji. [Przed upadkiem powstania dostał od Delegatury Rządu uprawnienia, że może znów być komendantem budynku Biblioteki, rehabilitacji jednak nie otrzymał]. Ze szpitala wyszedł 6 września. „Miasto wyglądało jak na pół zrujnowane […]. Wszędzie niezadowolenie, złorzeczenie bądź ostrożne narzekanie”. Podczas nieobecności Bykowskiego w Bibliotece jej komendantem został Jerzy Kowalski: „Profesor J.K. z wielkim oddaniem i ogromnym wysiłkiem przeniósł książki z tej części [od frontu – przyp. JR] – a nawet niektóre meble – do wewnętrznej części gmachu”.

Gdy powstanie upadło, Bykowski wraz żoną i kilkoma pracownikami został w Warszawie, chcąc pilnować Biblioteki i jej zbiorów. Tworzyli wysepkę dziewięciu robinsonów w opustoszałym mieście. Bykowski: „Warszawska Biblioteka Publiczna z tymi dziewięcioma «desperatami», którzy w niej pozostali, wyglądała jak malutkie zagubione czółenko na morzu wśród rozszalałych fal. Po kilka razy dziennie wpadali do nas niemieccy żołnierze z krzykiem: «Sofort, heraus!» Trochę pomagała wódka, ale się skończyła”.

Nie mogąc doczekać się przedstawicieli RGO, którzy mieli zabezpieczyć mienie Biblioteki i przygotować je do wywiezienia z miasta, ku zaskoczeniu pozostałej grupki robinsonów, 17 października, zniechęceni, w kiepskiej formie psychicznej i zdrowotnej Bykowscy zdecydowali się opuścić miasto. W swoich wspomnieniach Bykowski napisał, że wyjeżdżali razem ze znajomym pułkownikiem ukraińskim, który przyjechał z Łodzi ciężarówką, aby zabrać 20 skrzyń depozytów „Ukraińskiego Wojskowego Towarzystwa Historycznego”. „Z Warszawy wyjeżdżaliśmy z uczuciem ludzi, którzy obudzili się z długiego koszmarnego snu-letargu!” – kończył swoje wspomnienia.

Po Warszawie rozeszła się plotka, że Bykowscy uciekli razem z Niemcami. Po latach wykorzystała ją nawet Dąbrowska, pisząc na kartach powieści: „A wiesz – ten Oleniuk już wyjechał z Niemcami. To był łajdak. Omyliliśmy się”.

W wydanym w 1970 r. pierwszym tomie Walki o dobra kultury. Warszawa 1939-1945 Elżbieta Skierkowska, niegdysiejsza pracownica Biblioteki, w artykule Warszawska Biblioteka Publiczna na tle wydarzeń ostatniej wojny napisała, że Bykowscy wyjechali z „z ukraińskimi esesmanami oraz oficerem zorganizowanej przez Niemców formacji: Russkaja Oswoboditielnaja Armija”, oskarżyła Bykowskiego o przynależność do organizacji ukraińskiej, „zmierzającej do utworzenia odrębnego państwa zachodnio-ukraińskiego w oparciu o współpracę z Niemcami”, a także wyraziła przypuszczenie, że nagły wyjazd Bykowskich z Warszawy po powstaniu mógł być spowodowany „strachem przed wojskowymi władzami polskimi i radzieckimi, które mogły go pociągnąć do odpowiedzialności”.

Jednocześnie, w opinii Skierkowskiej, Bykowski to był „świetny organizator, rzutki i zdolny, reprezentował kadrę wybitnych bibliotekarzy o dużej wiedzy fachowej. Kustosz Janina Peszyńska nazwała go bardzo trafnie «patriotą Biblioteki Publicznej»; rzeczywiście był on oddany instytucji i dbał o nią pieczołowicie”.

Trudno dziś w stu procentach wykazać czystość intencji i działań Bykowskiego, choć wiele wskazuje na to, że mógł paść ofiarą emocji i zacietrzewienia politycznego.


Korzystałam z: L. Bykowski, Polskie powstanie w Warszawie w roku 1944. Wspomnienia naocznego świadka, w: „Zeszyty Historyczne”, 1964, z. V; M. Dąbrowska, Przygody człowieka myślącego, t. 2, Warszawa 1974; R. Kramar, Leon Bykowski – Emigrant ukraiński oddany sprawie bibliotekarstwa polskiego, w: „Acta Polono-Ruthenica”, 2021, XXVI/1 (UWM Olsztyn); Walka o dobra kultury. Warszawa 1939-1945, t. 1, Księga zbiorowa pod redakcją Stanisława Lorentza, Warszawa 1970 (z serii: Biblioteka Syrenki).

Joanna Rolińska – absolwentka wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej. Autorka książek: Raz, dwa, trzy za siebie! Rozmowy o dzieciństwie, Ale jest Warszawa i Lato 1920. Laureatka Nagrody Literackiej m.st. Warszawy (2014), Nagrody Historycznej KLIO (2020) i Nagrody za Książkę Roku (2020) „Magazynu Literackiego KSIĄŻKI”.

fot. Jacek Marczewski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj