0.6 C
Warszawa
niedziela, 4 grudnia, 2022

ZAPISKI NA TOREBKACH OD LEKARSTW

„Ślady” – varsavianistyczne wątki w biografiach, wspomnieniach, książkach, na starych fotografiach, w kamienicach, kawiarniach i na ulicach. Szlaki niegdysiejszych mieszkańców Warszawy tropi Joanna Rolińska.

fot. Jacek Marczewski

Autor: JOANNA ROLIŃSKA

Spośród znanych mi pisemnych relacji odtwarzających dramat września 1939 r. z perspektywy zwykłych mieszkańców stolicy reportaż Zofii Petersowej zatytułowany Wrzesień Warszawy 1939 uważam za jeden z ciekawszych.

Ta niepospolitej energii kobieta, działająca w zarządzie przedwojennego Patronatu (warszawskiego Towarzystwa Opieki nad Więźniami), kuratorka więzienna, tłumaczka Bunina i Zweiga, publicystka, autorka zapomnianych dziś książek dla dzieci, we wrześniu 1939 r. odnalazła się jako pielęgniarka w punkcie opatrunkowym L.O.P.P. (Liga Obrony Przeciwlotniczej i Przeciwgazowej), funkcjonującym w kamienicy przy ul. Mazowieckiej 11. Kurs pielęgniarski Petersowa ukończyła w sierpniu „na wszelki wypadek”, a we wrześniu, prowadząc zapiski „na gorąco”, nie rozstawała się z „szafirowymi paskami papieru od zwijanej waty, z torebkami od lekarstw itp.” – służyły jej jako notatnik. Na podstawie tych gorączkowych zapisków powstawał później jej reportaż.

Wybuch wojny zastał Petersową w jej mieszkaniu na Mokotowie przy ulicy Narbutta. To tam miała okazję obserwować mieszkańców Warszawy, którzy bez lęku przyglądali się kołującym niemieckim samolotom: „[…] nazajutrz po wybuchu wojny, […] tej wojny, w której wybuch Warszawa tak dalece nie wierzyła, że podczas nieprzyjacielskich nalotów tłumy widzów przyglądały się manewrom samolotów niemieckich, ponosząc straty w ludziach od kul i szrapneli, a radio kilkakrotnie w ciągu dnia zawiadamiało […], że bitwy powietrzne, rozgrywające się nad miastem, bynajmniej nie są manewrami, lecz rzeczywistymi nalotami […]”.

Wrześniowa Warszawa opisana przez Petersową to miasto w ruchu. Ludzie nieustannie się przemieszczali, przeprowadzali z miejsca na miejsce, przekonani, że w nowym punkcie będzie im lepiej, bezpieczniej. To miasto spragnione nowin, niepotrafiące rezygnować z atrakcji – teatru, kawiarni: „W kawiarni – ani jednego stolika. Wprawdzie naloty nie ustawały i słyszało się wstrząsające wieści o ich skutkach, ale Warszawa nie zrezygnowała z ulubionych ciastek i pół czarnej, toteż cukiernie zatłoczone były gośćmi. Zresztą najwięcej nowin prawdziwych i nieprawdziwych kursowało zawsze po kawiarniach”. Później do kawiarń warszawiacy przychodzić będą, aby nie zginąć z głodu, będzie to możliwe dzięki zarządzeniu prezydenta Stefana Starzyńskiego, które nakazywało jadłodajniom wydawanie jednego posiłku dziennie. Po przeprowadzce na Mazowiecką Petersowa codziennie będzie mogła bywać w legendarnej Ziemiańskiej: „Naprzeciwko nas, w Ziemiańskiej, pieczono dwa razy, a potem raz dziennie doskonałe maślane bułeczki, ale nie sprzedawano ich na miasto, lecz podawano do napojów przy stolikach po dwie sztuki na osobę. Ludzie dobijali się więc o «pół czarnej», aby tylko zdobyć tych parę kęsów”.

Warszawa Petersowej to również miasto zatłoczone, pełne byłych więźniów, którzy na mocy amnestii wyszli na wolność, i pełne uchodźców, którzy przybywali w popłochu z zachodnich terenów kraju: „Nastąpiło jakieś dziwne przemieszczenie ludności: warszawianie wyszli, a napłynęli mieszkańcy zachodnich połaci kraju. Wszystko to przywędrowało do znajomych i krewnych lub wprost «do Warszawy», tułało się po schronach, na placach, po bramach domów i na klatkach schodowych, w piwnicach i na strychach. Chyba nie było mieszkania, gdzie nie gnieździliby się uchodźcy. Nasz dom przygarnął ich kilkuset, a wciąż zjawiały się nowe twarze. W podziemiach Prudentialu biwakowały tłumy […]”.

Dla wszystkich mieszkańców ważne w tych dniach były komunikaty radiowe i apele, przemówienia prezydenta, które rozbrzmiewały między 8 a 23 września po kilka razy dziennie: „Nie zamykało się aparatów wcale. […] Jakżeż głęboko, zwyczajnie, po ludzku wzruszała chrypka prezydenta miasta, który – niby znajomych przez telefon – przepraszał słuchaczów, że musi mówić niewyraźnie, ale kupcy pozamykali sklepy, do aptek także nie można się dostać, więc nie może kupić sobie jakiegoś lekarstwa, a zdarł już głos od ciągłego mówienia. Jakżeż bliscy byliśmy sobie wszyscy, i on, i my, zwykli mieszkańcy miasta, gdy dziękował przez radio za tyle przesłanych mu natychmiast po tych słowach środków przeciw chrypce!”.

Petersowa jako pielęgniarka czyniła zadziwiające obserwacje, np. „Zetknęłam się tu ze zjawiskiem tak dziwacznym, że wydawałoby mi się nieprawdopodobne, gdybym nie stwierdziła na własne oczy, że miało miejsce rzeczywiście i to w szeregu wypadków. Oto mnóstwo dzieci, zwłaszcza małych, miało ponadrywane uszy: rodzice chwytali je w popłochu byle jak, za byle co, aby tylko mieć je przy sobie, aby je za sobą ciągnąć”.

Skądinąd inna kronikarka tych dni, Aurelia Wyleżyńska, pod datą 17 września 39 r. zanotowała takie zdanie: „W bramie na Natolińskiej relacja naocznego świadka o ucieczce, w czasie której eleganckie kobiety – dobrowolnie – gubiły dzieci”, a broszura wydana przez Muzeum Warszawy przy okazji wystawy Nieba i ziemi nie widać. Warszawiacy o wrześniu 1939 informuje, że w ostatniej dekadzie września w „52 punktach opiekuńczych zarejestrowano 314 dzieci opuszczonych i 484 rodziców poszukujących dzieci”.

Zofii Petersowej zawdzięczamy wiele obrazów, które – sugestywnie przez nią spisane – pozostają w pamięci, np. widok palącego się głównego gmachu Politechniki (autorka przedziera się przez płonące miasto, zmierza w kierunku Pola Mokotowskiego, którym chce przejść na Mokotów): […] zobaczyłam, że pożar Politechniki jest zupełnie odmienny od wszystkich innych: ponad gmachy biły różnobarwne płomienie, mieszając się ze sobą i ginąc w otchłani dymów i sadzy, z których co chwila wybijał się nowy słup szafirowy, różowy, niekiedy żółty lub biały. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że pali się przecież wydział chemiczny… Było to zjawisko tak przykuwające, tak niepowszednie, że siedziałam na ziemi jak skamieniała”.

Autorka we wstępie do książki zastrzegła, że wszystkie opisane przez nią wydarzenia i postaci są prawdziwe, że zmieniła jedynie nazwiska. Nie była w tym jednak konsekwentna. Ocaliła m.in. od zapomnienia, pod właściwym nazwiskiem, postać niejakiego doktora Dolkarta, mieszkającego z żoną przy ul. Mazowieckiej 11. Wystarczy przejrzeć przedwojenne roczniki „Kuriera Polskiego”, by się przekonać, że taka postać rzeczywiście istniała – dr M. Dolkart przyjmował pod tym adresem, we własnym mieszkaniu, i leczył „choroby wewnętrzne żołądka i kiszek”.

Z postacią doktora Dolkarta wiąże się jeden z opisanych przez Petersową wątków, tyczących się relacji polsko-żydowskich. Doktor, który włączył się w akcję pomocy rannym i współpracował z L.O.P.P., w jeden z najgorszych dni nalotów bombowych zmarł nagle na serce i został pochowany w jednym prowizorycznym grobie na podwórku razem ze służącą z sąsiedniej oficyny, która zginęła tego samego dnia. Petersowa komentuje to tak: „Spoczęli w jednym grobie, Żyd i chrześcijanka, zgodnie obok siebie, oboje jednako spracowani w służbie dla innych”.

Kiedy po śmierci męża Dolkartowa odprowadza z własnej inicjatywy zagubioną polską dziewczynkę do siedziby Patronatu na Marszałkowską, a sytuacja ma miejsce w dniu intensywnych nalotów, ludzie się dziwią: „ – I pani doktorowa pójdzie tak daleko? – zapytał niedowierzająco kierownik Okręgu. – A dlaczego by nie? Jeżeli zrobiłby to ktoś inny – mogę i ja! – obruszyła się, wzruszając ramionami. To dopiero! A przecież Żydówka!… – nie mógł wyjść z podziwu kierownik, patrząc za odchodzącą. – Więc cóż z tego, że Żydówka! – odezwał się głos jednego z rannych żołnierzy. – Ja także jestem Żyd. I co pan myśli – że uciekałem? Nie poharataliby mnie tak – popatrzał smętnie na obandażowane ramię i rękę. – Nie ma Żydów i chrześcijan – są tylko ludzie, rozumie pan? – dodał z roziskrzonym spojrzeniem. – Najwyżej może być Polak albo Niemiec – i już!”.

Inna scena. Autorka doświadcza życzliwości ze strony młodego chłopca, Srulka, niegdysiejszego więźnia, swojego podopiecznego. Dzieje się to w momencie, kiedy stoi na placu Grzybowskim w ulewnym deszczu, w ogromnej kolejce po chleb. „Nagle, przeciskając się przez ciżbę, wyszła z piekarni Żydówka w narzuconym na perukę worku, który opadał jej aż do pasa. Za nią szedł ów chłopak, oganiając się od natrętnych pytań i nagabywań. – Hob’nyszt! Gaj weg! Hob’nyszt! Mame, mame! – i wskazał na mnie. Kobieta zbliżyła się, przeskakując bajora, i spod worka podała mi duży bochenek chleba oraz chałę. – Niech pani bierze na dobre zdrowie”.

Te próby pokojowego współistnienia zostają we wspomnieniach Petersowej skontrowane najbardziej wstrząsającą w książce sceną, której autorka była nie tylko bezpośrednim świadkiem, lecz także uczestnikiem. Po upadku Warszawy, po kapitulacji, wyniszczony i wygłodniały tłum w pobliżu poczty na placu Wareckim zadeptał (najprawdopodobniej na śmierć, choć autorka tego nie precyzuje) młodego żydowskiego chłopca, który pomagał jej nieść worek cukru: […] mój biedny Żydek został osaczony. – Na pasek parch niesie! Schowa i każe potem biednemu ludowi płacić! Na próżno krzyczałam i tłumaczyłam, że towar jest mój, że za niego zapłaciłam – sypały się na mnie drwiny i śmiechy. Ale! W sklepie kupiła! Widzicie ją!… – Co się tam patyczkować! Zabrać Żydowi i sprawiedliwie podzielić! Kużden jeden swoje prawo ma! W mgnieniu oka kilkadziesiąt rąk wyciągnęło się po worek.  – Chłopcze, rzuć ten cukier! Ludzie, co robicie! Ludzie, przecież to człowiek! – krzyczałam jak nieprzytomna. Ale już było za późno. Tłum obalił chłopca […]. Zakotłowało się na ziemi, skąd wyrwał się przeraźliwy skowyt i charczenie. Usiłowałam oderwać rozszalały tłum od łupu, aby uratować chłopaka, ale bezsilnie czepiałam się tylko nachylonych pleców. Strach o nieszczęsnego człowieka jeżył mi włosy na głowie i wiem, że straszliwie krzyczałam: – Zwierzęta! Puśćcie! Zadepczecie go! – Ale bokiem spod nóg rabujących płynęła już struga krwi, a charczenie wśród skłębionej gromady ucichło…”.

Dramat osób pochodzenia żydowskiego stał się podczas okupacji również dramatem samej Petersowej. Jako córka Eweliny Majde z domu Rosental musiała się ukrywać. Odpryski tych przeżyć znaleźć można w jej opowiadaniach okupacyjnych pt. Odwet (wyd. Księgarnia Naukowa, 1947).

Petersowa zmarła w 1955 r. i została pochowana na cmentarzu ewangelicko augsburskim w Warszawie. Dziś jest postacią zupełnie zapomnianą, jej książki nie są wznawiane.

Reportaż Wrzesień Warszawy 1939 został wydany w 1946 r. w Wydawnictwie Eugeniusza Kuthana, w skromnej, nędznej oprawie graficznej, na lichym papierze. Później już nie był wznawiany, z jednym wyjątkiem – w 2015 r. w 3. tomie Antologii polskiego reportażu XX wieku pod redakcją Mariusza Szczygła przypomniało fragmenty książki wydawnictwo Czarne.

Dobrze by było, gdyby znalazł się wydawca, który zechciałby wydać Wrzesień. Opatrzona przypisami książka stanowiłaby niezbędną pozycję dla wszystkich zainteresowanych historią Warszawy. I nie tylko dla nich – to przecież rzecz o kondycji moralnej człowieka w obliczu wojny, o postawach rozpiętych między heroizmem a zbrodnią.


Bibliografia:

Z. Peteresowa, Wrzesień Warszawy 1939, Warszawa 1946
M. Szczygieł, Antologia polskiego reportażu XX wieku, t. 3, Warszawa 2015
A. Wyleżyńska, Kroniki wojenne, t. 1: 1939-1942, Warszawa 2022


Joanna Rolińska – absolwentka wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej Akademii Teatralnej. Autorka książek: Raz, dwa, trzy za siebie! Rozmowy o dzieciństwie, Ale jest Warszawa i Lato 1920. Laureatka Nagrody Literackiej m.st. Warszawy (2014), Nagrody Historycznej KLIO (2020) i Nagrody za Książkę Roku (2020) „Magazynu Literackiego KSIĄŻKI”.

fot. Jacek Marczewski

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj